piątek, 12 lutego 2016

Historynka na koniec ferii

 - Cześć wujku – cmoknęłam w policzek starszego brata mojego taty. – Jak tam?
 - A Lila – uśmiechnął się. – To chyba ja powinienem zadać to pytanie.
 - Jak wolisz – zaśmiałam się. – U mnie okej, wracam po wolnym na uczelnię. Romanistyka wita. Kolejne zajęcia, sesje, praca pomiędzy nauką…
 - Jak sobie radzisz z tym wszystkim? – zaniósł się śmiechem wujek.
 - Jakoś – posłałam mu uśmiech.
 - Witam pannę Swędrowską – przywitał mnie pan Wojtek. – Tomek, ale ci bratanica urosła.
 - Nie da się ukryć – zaśmiał się wujek. – Fabian też rośnie.
 - Dawno go nie widziałam. – zamyśliłam się.
 - Masz okazję go zobaczyć, w końcu jesteśmy na meczu Resovii – zaśmiał się wuj.
 - Czyli pan nie będzie dziś na stanowisku? – zwróciłam się do seniora Drzyzgi.
 - Dziś ja – zaśmiał się Mielewski. – Witaj Lila.
 - Bry – uśmiechnęłam się po raz kolejny.
 - Tata – podszedł Fabian i jakby go zamurowało. – Łał… cześć Lilka.
 - Siemka – pomachałam ręką. – Jak tam?
 - Spoko – zaśmiał się. – Zaraz gram mecz i ten… tato, gdzie będziesz?
 - Tam gdzie zawsze – odparł pan Wojciech i odszedł.
 - No, ja też idę na swoje miejsce – pomachałam ręką i udałam się na trybuny.
Mecz to zawsze jest wielkie święto. Szczególnie w Rzeszowie. Feta, która obejmuje całe miasto, a euforia po zwycięstwie jest niepowtarzalna. Nie mogę się tego wprost doczekać. A same widowiska też są nieziemskie. Widowisko – mecz. Kocham, kocham, kocham. Zdzieram gardło wraz z kibicami ze stolicy podkarpacia. Dobrze idzie. Wygrana jest na wyciągnięcie ręki. Jednak trzeci set to istna katorga. Dopiero na samym końcu chłopaki zdążyli wypracować przewagę. Cała hala ryknęła ze szczęścia. Ja razem z nimi. Coś czuję, że jutro raczej nie będę mogła mówić. Ale warto. Zawsze warto.
 - I jak gardło? – ze śmiechem przywitał mnie wujek.
 - Wolę nic nie mówić – szepnęłam.
 - Kibice z Rzeszowa – zaśmiał się raz jeszcze. – Wypij herbatę z miodem w domu, pomoże. Mówi ci to profesjonalny komentator.
 - Dzięki za radę – szepnęłam, bo na nic innego nie było mnie w tym momencie stać.
 - Hej – podbiegł Fabian. – Tak myślałem, że cię tu zastanę.
 Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
 - Nie mówi, bo ma zdarte gardło – udzielił instrukcji wujek Tomek.
 - Okej – kiwnął głową energicznie Fabian. – Nie zajmę ci dużo czasu.
Kiwnęłam głową.
 - Chodzi o to… no… no dawno się nie widzieliśmy – zaczął wolno. – I czy… no… tego… moglibyśmy się spotkać gdzieś tak poza meczem, czy coś.
Poprosiłam wujka o kartkę i długopis. Szybko naskrobałam zwięzłą wiadomość.
„Oczywiście, chętnie. Tylko kiedy?”
 - Może… w tą sobotę jakoś o… dziesiątej? – podrapał się w głowę.
Kiwnęłam głową na potwierdzenie. Fabian tylko szeroko się uśmiechnął.
 - No… to… do zobaczenia – pomachał mi i pobiegł do szatni.
 - Zdobywasz męskie serca – zaśmiał się wujek.
Popatrzyłam na niego ze śmiechem. Tak się da, uwierzcie mi.
 - No, tylko pamiętaj, Fabian jest delikatny – pogroził mi palcem. – Jak coś się stanie, to Wojtek będzie na mnie zły.
Popatrzyłam na niego.
 - Tak, wiem, że na pewno nic nie zrobisz – zaśmiał się. – Ale i tak ja cię ostrzegam.
 - Dobra, dobra – szepnęłam cicho.
~*~
Tym akcentem chciałam się pożegnać. Na historynkach można mnie było znaleźć cały rok. Pomysł powstał ot tak. I się potoczyło. Zapraszam do rokrocznego czytania ich na dane święto. W końcu zmieniamy się i może dostrzeżemy w nich, za którymś razem coś niezwykłego? A na razie do zobaczenia! Widzimy się na innych blogach!

piątek, 5 lutego 2016

Historynka na początek ferii

Mam całe dwa tygodnie wolnego. Kocham ferie. Kocham pracować w szkole. W tym momencie nawet kocham cały ten Bełchatów z moją w nim historią. Choć jest miejscami ciężka nie powiem, że nie.
W domu zastaję Gabrysia, który właśnie wkłada nos w mój kolejny album. Uśmiecham się od samego progu.
 - Chodź, chodź poopowiadasz mi – wskazuje mi miejsce obok siebie.
Przeglądamy album. Moje początki w Bełku. A potem to jedno zdjęcie.
 - Co ono tu robi? – dziwię się. – Powinno być dalej.
 - Kto to? – pyta podejrzliwie Gabe.
Patrzę na zdjęcie, a przed oczami staje mi ta scena:
***
 - Czuję się jak w „Zakochanym kundlu” Alek – skarżę się Serbowi. – A ty co robisz Kostek?
 - Zdjęcie – odpowiada. – Spokojnie, już mnie nie ma.
Jak powiedział tak zrobił. Zaraz zostaję sama z Alkiem i patrzę jak je spaghetti w milczeniu.
 - Jedz – patrzy na mnie tymi swoimi oczami.
 - Jeśli masz za mało odwagi, żeby mnie po prostu pocałować, to nie mam zamiaru co tego ułatwiać – powiedziałam wprost.
 - A pozwolisz mi na to? – spytał z nadzieją.
 - Czemu miałabym ci nie pozwolić? – uśmiechnęłam się.
 - Czyli mogę spróbować tak po prostu? – spytał Serb.
 - Jeśli się nie boisz – powiedziałam.
Zaraz też poczułam jego usta na swoich. Nie były miękkie. Były delikatnie popękane tak jak i moje. Dawało to niesamowite uczucie. Czuć było, że Alek nie mógł doczekać się tego momentu. Jego radość po prostu promieniowała. Potem się odsunął i patrzył na mnie błyszczącymi oczami.
 - I było się czego bać? – zaśmiałam się.
 - Nie – powiedział poważnie. – Mira ja… ja chyba cię lubię. Tak bardzo lubię.
 - Ja ciebie też, Aleksandar – powiedziałam.
 - A co jeśli zmienię klub – popatrzył na mnie.
 - Będziemy myśleć, jeśli będzie bardziej bliska wizja – pogładziłam go po niesfornych lokach. – Dobrze?
 - Dobrze – kiwnął głową.
Potem mnie przytulił. Zapomnieliśmy o spaghetti. Wystarczyło, że wtulam się w mojego wielkiego Serba. Nic więcej nie chciałam. Ale po pewnym czasie stwierdziliśmy, że potrawę trzeba zjeść. Może nie była tak pyszna jak na gorąco, ale nie mogłam narzekać.
 - Teraz gramy dwa razy tu, więc mam całe dwa tygodnie dla ciebie – odgarnął mi włosy z oczu.
 - Cieszę się – odparłam siadając wygodniej.
 - Nie sądziłem, że w Polsce spotka mnie tyle dobrych rzeczy – uśmiechnął się.
***
 - We… Włoszech – zaparło mi dech. – Nie… nie mogę wyjechać z Polski – powiedziałam stanowczo.
 - W takim razie ja wrócę – obiecał. – Tylko czekaj, proszę.
 - Poczekam – kiwnęłam głową.
***
 - Mira, to nie tak! – krzyczy.
 - A jak? – spytałam ze łzami w oczach.
 - Ona… ona mnie poprosiła o pomoc, chciała się wypromować… - zaczął się jąkać.
 - Wiesz, że ci nie wierzę, prawda? – spytałam.
 - Wiem – spuścił głowę. – Nic mnie nie usprawiedliwia. Ale poczekam… ja… ja cię kocham. I wiem, że to prawda. I wiem, że ty czujesz to samo.
 - Nie, Aleksandar – pokręciłam głową. – Ja czułam to samo, ale to już przeszłość.
***
 - To tylko kolega – powiedziałam sucho. – Byliśmy na kolacji z okazji początku ferii dawno temu.
Ale jednak wszystko wróciło.
~*~
Za tydzień kolejna.

piątek, 29 stycznia 2016

Historynka na Popielec

 - Cześć – wpadłam spóźniona na trening Resovii i właśnie łapałam oddech przed Kacprem, czyli moim szefem. – Wybacz mi spóźnienie, ksiądz walnął mega długie kazanie.
 - Wybaczam – powiedział fizjoterapeuta. – Mają trening, a o ile zdążysz się przygotować nie będę się czepiał.
Wyszedł z pokoju, a ja szybko zaczęłam przygotowania właśnie. Nigdy nie wiadomo kiedy na głowę wpadną ci siatkarze. Sama wolę nie próbować i być gotowa o wiele wcześniej.
 - Szybka jesteś – powiedział Kacper, gdy zakładałam fartuch na bluzkę bez rękawów. – I masz fajny tatuaż.
 - A… dzięki – zarumieniłam się na wspomnienie o komplemencie na temat ozdoby mojego ciała.
 - Ma jakieś znaczenie? – spytał.
 - T…tak – powiedziałam. – Jak skończyłam szkołę koleżanka zaprowadziła mnie do tatuażysty, bo chciała coś tam zrobić. I wtedy właśnie sobie go zrobiłam. Ale nigdy nie powtórzę. Boli jak cholera.
 - Czemu gałązka? – dążył dalej.
 - Co to, przesłuchanie? – zaśmiałam się. – To gałązka kwiatu wiśni. Po ostatnim egzaminie dowiedziałam się, że jadę na trochę do Tokio. Fajnie było.
 - Cześć – naszą rozmowę przewał Krzysztof Ignaczak, za nim wszedł Schöps.
 - Cześć – odparłam. – Ty go bierzesz – powiedziałam Kacprowi.
 - Czyli ja do ciebie – uśmiechnął się Niemiec.
 - Ano – oddałam uśmiech.
 - Za jakie grzechy? – zaczął pomstować Krzysiu. – To ja tu do Julki przychodzę, a ona mnie wystawia!
 - Bo powiem Iwonie co ja tu słyszę – zaśmiałam się.
 - Ona i tak wie – machnął ręką układając się na stole. – Poza tym nie chcę zabierać dziewczyny sprzed nosa naszemu niemieckiemu przyjacielowi.
Odpowiedziało mi natychmiastowe zaczerwienienie się policzków chłopaka, który właśnie zdejmował koszulkę.
 - Igła, co ty brałeś? – spytałam z zainteresowaniem.
 - Tabletki na odporność z tranem – powiedział szczerze.
 - Musisz zmienić dilera – pokręciłam głową. – Widocznie to co bierzesz nie współgra z tymi tabletkami.
 - Ja nic nie biorę kobieto! – zaparł się Igła. – Ja mam żonę i dzieci! I jestem praworządnym obywatelem! Nie można mi nic zarzucić!
 - Mam ci przypomnieć o ostatniej imprezie u ciebie właśnie? – uniosłam brwi masując ciągle czerwonego Schöpsa. – Iwona nie odzywała się do ciebie przez okrągłe dwa tygodnie, a chłopaki opowiadają o tym co się tam działo legendy.
 - To wszystko prawda – powiedział masowany przeze mnie siatkarz.
 - I ty przeciwko mnie!? – zawył Igła. – Ludzie, gdzie ten świat zmierza?
 - Myślę, że jak wszystko – zaczęłam – do końca. Ale nie martw się, jeszcze trochę czasu masz na poprawę.
 - Gdzie zniknął Karol? – Igła zaczął błagać. – On nigdy nie wiedział jak ci odpyskować, a ta nic innego nie robi!
 - Coś za coś Krzysiu – powiedziałam i usłyszałam jęk Niemca. – Wybacz.
 - Mówiłem ci, że fizjoterapeuci z premedytacją zadają ból – powiedział Kacper.
 - Przypominam, że jestem fizjoterapeutką – odparłam.
 - Czyli odgryza się nie tylko mi – zaśmiał się Krzysiek. – Auu! – zawył jak ranne zwierzę.
 - Gotowe – powiedziałam po chwili pastwienia się nad moim pacjentem. – Wołajcie następnych.
 - Ok – Niemiec natychmiast udał się do wyjścia.
 - Weź moje słowa na poważnie – powiedział Igła. – Nie jesteś mu obojętna – i wyszedł zostawiając mnie w szoku, z którego otrząsnęła mnie obecność Dryi i Nowakowskiego.
 - No chodź Piotruś – uśmiechnęłam się. – I opowiadaj co tam u Oli.
~*~
Standardowo, zapraszam za tydzień.

piątek, 22 stycznia 2016

Historynka na Ostatki

 - Marta, jesteś? – spytał Marco wchodząc do mnie do domu. – To od doktora.
 - Dzięki – odebrałam papiery i z prędkością światła niemalże wróciłam do komputera.
 - Co robisz? – Marco opadł na fotel.
 - Oglądam transmisję na żywo – powiedziałam.
 - Czego? – zdziwił się.
 - Karnawału w Rio – uśmiechnęłam się. – Lipe daje transmisję.
 - Jest w Rio? – uniósł brwi Serb.
 - Nie pytaj czemu, nie pytaj jak – zaśmiałam się. Fantastico Lipe – powiedziałam do Brazylijczyka, który właśnie pojawił się w polu.
 - Kto jeszcze ogląda? – zapytał Marco.
 - Żebym ja to wiedziała – zamyśliłam się. – Ale pewnie Zaksa, może część repry też.
 - A ty czemu? – zapytał znowu.
 - Bo kiedyś palnęłam przy Lipe, że chcę zobaczyć karnawał w Rio – odparłam i zamknęłam komputer.
 - Nie oglądasz już? – zmierzył mnie wzrokiem.
 - Dopóki tak na mnie patrzysz nie mam zamiaru – pokręciłam głową.
 - Przeszkadza ci to? – popatrzył niewinnie.
 - Marco – powiedziałam spokojnie, na razie. – Czego twoja dusza, mózg, ciało, bądź też serce potrzebuje.
 - Dziś Ostatki – stwierdził. – Co to?
 - Ostatni dzień karnawału – odparłam. – Jutro Środa Popielcowa, czyli oficjalny komunikat głoszący: LUDZIE ZACZĄŁ SIĘ POST, NIE BALUJEMY. Dlatego w Ostatki wszyscy się bawią, by na te czterdzieści dni mieć dość zabawy, alkoholu i utrzymywać się w poście, który ma oczyścić naszą duszę. Dodatkowo jutro jest post ścisły, więc trzeba się dziś najeść słodkiego.
 - To idziemy do cukierni? – uśmiechnął się przewrotnie.
 - Marco – zaczęłam. – A w sumie… to nie taki głupi pomysł. Ale ty stawiasz.
 - Jasne – powiedział i wybiegł w podskokach.
Tyle razy się z nim umawiałam, że wiem, że zaraz będzie czekał na mnie pod blokiem. Uśmiechnęłam się do siebie i poszłam założyć wierzchnie nakrycie. Faktycznie potrzebowałam słodkiego zastrzyku przed postem, szczególnie ścisłym. Choć i tak pewnie jutro niewiele zjem, bo od ana zaczną się przygotowania do meczu. Czasami to strasznie męczące, ale jutro przyjdzie to niemal jak łaska.
Zamknęłam dom i ruszyłam na dół po schodach. Miałam windę, ale uznałam, że nic mi się nie stanie jeśli zejdę na piechotę z szóstego piętra. Przynajmniej nogi będą miały rozgrzewkę. Można powiedzieć, że wejście i zejście jednego dnia po tych schodach to wystarczający aerobik. Biorąc pod uwagę, że dziennie średnio chodziłam w tę i z powrotem jakieś sześć, siedem razy siłownia była mi naprawdę niepotrzebna, jeśli chodzi o nogi.
 - Ile można czekać? – spytał Serb.
 - Ty mieszkasz na pierwszym piętrze – odgryzłam się. – Ja muszę zejść jeszcze pięć.
 - Dobra, powiedzmy, że to dobra wymówka – coraz lepiej mówił po polsku. – Gdzie idziemy?
 - Koło Podpromia jest taka fajna kawiarenka – uśmiechnęłam się. – Możemy iść właśnie tam.
 - Jestem za, ale prowadź – powiedział.
Szliśmy w milczeniu. Ani mi, ani jemu to nie przeszkadzało. Czasami słowa naprawdę są zbędne. W ciszy możesz rozkoszować się szumem wiatru, łopotaniem liści na drzewach i możesz usłyszeć wiele różnych rzeczy.
 - To tu – powiedziałam przy wejściu.
 - Miło – podsumował Marco.
 - Inaczej bym cię tu nie prowadziła – zaśmiałam się. – Co chcesz?
 - Ja miałem zamawiać! – zaprotestował.
 - No dobra – zaśmiałam się. – Poproszę szarlotkę i duże, ciepłe latte.
~*~
Zapraszam za tydzień :D.

piątek, 15 stycznia 2016

Historynka na Tłusty Czwartek

 - Cześć Ada – uśmiechnął się Lotman. – Co tam?
 - Nic tam – uśmiechnęłam się. – Mogę cię zapytać o to samo.
 - U mnie trening – zaśmiał się.
 - Spoko – wyszczerzyłam ząbki.
 - Co robisz? – zajrzał mi przez ramię i pociągnął nosem. – Smacznie pachnie.
 - Bo robię pączki i faworki – powiedziałam. – No i oponki.
 - Po co? – zdziwił się.
 - Dziś Tłusty Czwartek – wzruszyłam ramionami. – Jesz ile chcesz. Ostatni czwartek karnawału, zaraz post.
 - Tradycja – Lotman popatrzył w górę.
 - A żebyś wiedział – wróciłam do kuchni uprzednio zapraszając Amerykanina do środka. – Integralna część państwa. Starego państwa – podkreśliłam przedostatnie słowo.
 - Ile będziesz mi wypominać wiek Ameryki? – spytał.
 - Do końca życia – uśmiechnęłam się. – Gdy wy powstawaliście my byliśmy po wojnie z Krzyżakami. I powoli zaczęła się nam sypać państwowość.
 - Jak to? – zdziwił się.
 - W czasach odkrycia Ameryki polska szlachta miała już dość sporo przywilejów – powiedziałam. – Co na sam koniec zgubiło nasz kraj. Wiesz rozbiory trzysta lat później i te sprawy… poza tym. Wy możecie chwalić tylko tą swoją wojną secesyjną, bo nawet w wojnach światowych nie braliście za bardzo udziału. I nie wykręcaj się doktrynami.
 - Wiesz więcej o historii mojego kraju niż ja – powiedział.
 - W końcu skończyłam profil humanistyczny – wzruszyłam ramionami. – Co ci mogę więcej powiedzieć? Teoretycznie dostałam się na historię nowożytną na UW, ale i tak skończyłam na psychologii sportowej. Jeden kierunek na cały kraj!
 - Wiem, wiem opowiadałaś – zaśmiał się. – Mogę? – wskazał na pączka, o ile się nie myliłam był nadziewany marmoladą truskawkową.
 - Możesz – kiwnęłam głową. – Smacznego.
 - A ty nie jesz? – zdziwił się.
 - Ja zjem jak zrobię – pokazałam mu stół, na którym przygotowane były formy do zatopienia w tłuszczu.
 - Polska kuchnia jest bardzo tłusta – podsumował.
 - Co ty nie powiesz? – zironizowałam. – Dziś TŁUSTY Czwartek.
 - Ale to było moje ogólne spostrzeżenie – powiedział.
 - W przeciwieństwie do większości Ameryki – zaczęłam. – U nas czasami jeszcze pada śnieg i mamy cztery, w sumie sześć pór roku – widząc jego minę przewróciłam oczami. – Jeszcze złota jesień i przedwiośnie – powiedziałam tonem wyjaśnienia.
 - Polska to dziwny kraj – stwierdził.
 - Nie dziwny tylko bogaty w historię i tradycje – odparłam. – I do tego wielokulturowy. Przed wojną było tu mnóstwo ludzi spoza granic Rzeczpospolitej, poza tym wcześniej byliśmy razem z Litwą połączeni Unią Personalną…
 - Stop, za dużo, za dużo – powiedział Paul. – Lubię historię, ale w mniejszych dawkach.
 - Taa, zaczniemy od historii USA, a zakończymy na historii, bo ja wiem… jakiegoś Turkmenistan – zaśmiałam się.
 - To coś takiego jest? – zdziwił się.
Palnęłam się tylko w głowę ręką.
 - Tak Paul, jest w Azji – powiedziałam. – Z tego co kojarzę upchnięty między Afganistan, Iran i Uzbekistan.
 - Skąd ty to wiesz? – zdziwił się.
 - Geografia mój ulubiony Amerykaninie, geografia – powiedziałam. – Poza tym do matury musiałam umieć mapę polityczną świata i akurat te azjatyckie stany były dla mnie największą zmorą.
 - A Ameryki? – zapytał zaczepnie.
 - Umiem pokazać na mapie wszystkie stany, a ty potrafisz mi pokazać województwa? – uśmiechnęłam się zgryźliwie.
 - Nie – powiedział. – Ale ciebie przepytam. Ale nie dziś.
~*~
Zapraszam za tydzień.

piątek, 8 stycznia 2016

Historynka na Zielone Świątki

 - Cześć Mela, już z kościoła? – spytał Lucas.
 - Tak, już tak – uśmiechnęłam się. – A ty skąd?
 - Z treningu rzecz jasna – powiedział. – Niby skąd?
 - Nie mam pojęcia, może z kawiarni, kwiaciarni, karaoke, kina… - zaśmiałam się.
 - Masz fazę na literę „K”? – zaśmiał się.
 - Jak widać – zaśmiałam się. – Dogadałabym się z Kapelusznikiem z Krainy Czarów.
 - Na koniec tej filmowej wersji miałem nadzieję, że Alicja zostanie i będzie z Kapelusznikiem – wyraził swoje oczekiwania Lucas.
 - Twoje teorie spiskowe mnie naprawdę powalają – stwierdziłam.
 - Aż tak źle? – zdziwił się.
 - Nie, nie – zaczęłam machać rękami. – Po prostu niewielu wpadłoby na taki pomysł.
 - To akurat wiem – uśmiechnął się. – A ty?
 - Co… a – zaczęłam. – Ja wiedziałam, że będzie kolejna część.
 - Serio? – zdziwił się.
 - Nom jakoś w 2016 – powiedziałam.
 - Zabiorę cię – uśmiechnął się.
 - Często się dziś śmiejesz i uśmiechasz – zmieniłam temat. – Trener cię pochwalił?
 - Tak – powiedział. – I powiedział, że zagram w kolejnym meczu.
 - Problem dobrych klubów – przewróciłam oczami. – Mają dobrych rezerwowych, którzy muszą siedzieć na ławce.
 - Tak – potwierdził Lucas. – Ale taki ich urok.
 - Nie da się ukryć – westchnęłam. – Ale nie czas na smęty – zaczęłam szukać kluczy.
 - Pomóc? – spytał siatkarz.
 - Dzięki – uśmiechnęłam się z wdzięcznością. – Oczywiście klucze muszą być na samym dnie – powiedziałam w ramach wyjaśnienia.
 - Kobiece torebki – pokręcił głową Lucas.
 - Zauważ, że rzadko kiedy używam – wystawiłam mu język. – Też ich nie lubię.
 - To nie noś – powiedział z prostotą.
 - To nie zawsze jest takie proste – odparłam.
 - Dla mnie jest – mruknął wchodząc do mnie do mieszkania.
 - Bo jesteś facetem i nie musisz nosić torebki, tylko wystarczy ci torba sportowa – prychnęłam.
 - Prawda – odparł.
 - Czasami nie lubię jak się ze mną zgadzasz – powiedziałam z wyrzutem.
 - Nie będę cię okłamywał – wyszczerzył ząbki.
 - Wielkie dzięki – prychnęłam. – Możesz zawołać Nico? Mam dla niego karmę.
 - Zaraz wracam – powiedział i zniknął.
Bo nie ma to jak żyć i mieszkać wśród siatkarzy. Naprawdę. Wiem już co czuje Iwona Ignaczak. Miejscami twoje mieszkanie jest porównywalne do dworca głównego w Warszawie. Jeden siatkarz coś przynosi, drugi zabiera, trzeci przyjdzie pooglądać, a czwarty pogadać. Pytanie jest jedno: na które mieszkanie padnie tym razem.
 - Dzięki Mela – usłyszałam głos Nico.
 - Nie ma sprawy – powiedziałam nie odrywając się od telefonu, który miałam przed oczami. – Następnym razem też mogę wziąć.
 - Byłabyś wtedy aniołem – zaśmiał się.
 - Już nim jest – zaśmiał się Lucas.
 - No, też prawda – i Nico zniknął za drzwiami.
 - Na jakiej podstawie uważasz, że jestem aniołem? – mruknęłam.
 - Bo robisz dla nas wiele dobrych rzeczy, tylko dlatego, że chcesz, a nie że musisz – wzruszył ramionami.
 - A tak naprawdę? – zaśmiałam się.
 - Mówię prawdę – zawtórował mi.
 - Jakoś nie chce mi się w to wierzyć – opanowałam nagły napad śmiechu, który udzielał mi się coraz bardziej.
 - Widziałem jak ci spod bluzy skrzydła raz wystawały – roześmiał się.
Zaśmiałam się razem z nim. Przecież prawdziwe Anioły nie mają skrzydeł i na pewno nie chowają ich pod bluzą, gdy są na Ziemi, nie?
~*~
Kolejna za tydzień.

czwartek, 31 grudnia 2015

Historynka na Sylwestra

 - Cześć Pat! – o godzinie dziewiętnastej ujrzałam twarz Thomasa w drzwiach.
 - Co robisz tu całe pół godziny przed czasem? – spytałam z tuszem w rękach.
 - Pomóc ci przyszłem – odparł.
 - Przyszedłem – poprawiłam go automatycznie. – Thomas musisz się jeszcze wiele nauczyć.
 - Wiem – odparł entuzjastycznie. – Kto be?
 - Ci co nie dostali powołania z Resovii i ci co nie dostali powołania i mogli się zjawić w Rzeszowie – odparłam. – Czyli nie wiem.
 - Nie wiesz? – zdziwił się.
 - Zawsze to jest spontan i nie wiadomo kto będzie, ale zawsze wszystkiego wystarczy na zabawę do rana.
 - Ooo – powiedział zamyślony. – I don’t understand, but…
 - Nie ma co rozumieć – zaśmiałam się. – Po prostu lubimy się spotkać i pogadać, zabawić się i tak dalej…
 - Cześć! – usłyszałam głos Sebastiana. – Ciociu Pat, mama pyta czy nie chcesz pomocy?
 - Mam już pomoc – zaśmiałam się. – Ale podziękuj mamie i powiedz, żeby przyszła za jakieś piętnaście minut.
 - Ok – uśmiechnął się.
 - Będzie kapitan? – spytał Thomas.
 - Będzie – powiedziałam. – Co ma go nie być? Nawet trener na początku przyjdzie złożyć wam życzenia noworoczne.
 - Wow – powiedział.
 - Nie da się ukryć – uniosłam jeden kącik ust do góry. – Co tam masz?
 - Salad – powiedział z uśmiechem.
 - Kupiona, czy sam robiłeś? – zainteresowałam się.
 - Zrobiłem! – uśmiechnął się z dumą.
 - Niesamowite – pokręciłam głową. – Daj ją i spróbuj ułożyć jakąś składankę na zabawę.
Przełożyłam sałatkę do miski i zajęłam się przygotowywaniem reszty przekąsek. Większość lubych siatkarzy już przekazało mi swoje specjały. Zapowiadała się całkiem niezła wyżerka, nie powiem.
 - Jakieś carols? – krzyknął Thomas z salonu.
 - Myślę, że już nie – powiedziałam. – Ale jakieś świąteczne piosenki możesz.
Po piętnastu minutach w moim mieszkaniu zjawili się państwo Ignaczakowie. Krzysiek od razu poszedł wspomagać Thomasa w rozwieszaniu ostatnich dekoracji, a Iwona postanowiła razem ze mną zaszyć się w kuchni.
 - Natalia pewnie zaraz przyjdzie i nam pomoże – zawyrokowała pani Ignaczak.
 - Więcej rąk do pracy, szybciej się uwiniemy – uśmiechnęłam się.
 - Coś często widzę w twoim towarzystwie Thomasa – zdobyła się na odwagę Iwona. – I nie wynika to już chyba z przykazania pomocy.
 - Nie wiem, jak przychodzi to go nie wyganiam – wzruszyłam ramionami.
 - Podobasz mu się – powiedziała Iwonka. Spojrzałam na nią krytycznie.
 - Znamy się dwa, może trzy miesiące, myślisz, że to możliwe? – spytałam.
 - Wiesz, w Polsce wiadomo, że miłość od pierwszego wejrzenia nie ma sensu – zaczęła. – Jednak Ameryka to co innego.
 - Tam ufa się tylko porywom serca? – uniosłam brwi.
 - Jako pisarka powinnaś to wiedzieć – zaśmiała się Iwona.
 - Dobrze wiesz jak ciężko mi pisać romanse – zawtórowałam jej. – Trzymam się mojej fantastyki i tyle.
 - Propos pisania – powiedziała pani Ignaczak. – Jak tam nowa powieść.
 - Stoi – zamyśliłam się. – Nie mam pomysłu jak rozwinąć akcję w tym momencie.
 - Za bardzo pochłania cię codzienność – odparła Iwona. – Masz pewnie blokadę.
 - Moja codzienność i tak jest niezwykła – pomyślałam o dziale marketingowym Resovii. – To nie to. Ciężko mi napisać początek. Bo koniec mam.
 - O czym tak ćwierkacie? – w drzwiach ujrzałam głowę Krzyśka. – Wszystko gotowe, co teraz?
 - Powoli to przenoście – powiedziałam. – W końcu zaraz zacznie się zabawa.
~*~
A ja z całego serca życzę, żeby ten Nowy Rok był jeszcze lepszy, szczęśliwszy i weselszy od poprzedniego. Żeby spełniły się wszystkie marzenia, te małe i duże. I żeby na IO złoto było.
P.S. – No to została mi jeszcze jedna mała część. Przed nami jeszcze sześć historynek. Sześć, o których wcześniej zapomniałam. Pewnie dodam je co tydzień od 1 stycznia. Pod ostatnią znajdziecie moje pożegnanie.

sobota, 26 grudnia 2015

Historynka na drugi dzień Bożego Narodzenia

 - Marie! – ucieszył się Stephane. – Jak miło, że przyjechałaś.
 - Również się cieszę, ale gdzie ten cały śnieg? – spytałam.
 - Trafiłaś akurat na okres bez niego – uśmiechnął się. – Ale i bez niego będzie dobrze.
 - Carrément – zaśmiałam się. – Z tobą nie będzie trudno.
 - Prawda – powiedział. – Ale staraj się nie mieszać polskiego z francuskim. To dezorientuje.
 - Wiem, myślałam, że będzie ci łatwiej – odparłam. – W końcu nie mam problemów z polszczyzną.
 - Siedzisz tu dłużej niż ja – przytaknął. – Ale słychać twój francuski akcent.
 - Tego się nie pozbędę – zaśmiałam się.
 - I tu muszę się z tobą zgodzić – odparł spokojnie.
 - To… pokażesz mi tą Spałę, czy też nie? – nie przestawałam się śmiać.
 - Oui – palnął się w czoło. – Bien.
 - Sam mieszasz – zauważyłam.
 - Oj już się nie czepiaj – powiedział.
 - Sam zacząłeś – przewróciłam oczami.
 - W lato jest tu zupełnie inaczej – zakończył poprzedni temat. – Zima…cóż, jesteśmy tu teraz wyjątkowo, jak sądzę. Turniej kwalifikacyjny i te sprawy. Więc, musisz tu przyjechać w lato.
 - Nie przeszkadza wam młodzież z SMS-u? – zapytałam.
 - Wszyscy wyjechali na święta do domów – odpowiedział. – Jesteśmy tu całkiem sami.
 - Impressionnant – mruknęłam do siebie.
 - Co tam mruczysz? – zauważył mój brat.
 - Nic, nic – powiedziałam. – Zastanawiam się jakim cudem i w zimę ten kraj potrafi być zachwycający.
 - Oj, bo są w nim cudowni ludzie – zaśmiał się. – Nie zimno ci?
 - Może trochę – wzruszyłam ramionami.
 - To chodź, może panie kucharki są, to zrobimy ci kakao – zaproponował.
 - Herbata jakby co też mnie zadowoli – zastanowiłam się. – W sumie może być wszystko z wyjątkiem kawy.
Weszliśmy do ośrodka. Od samego progu przywitały nas wesołe dźwięki kolęd i dziarski chór siatkarzy siedzący na hali. W sumie darli się po prostu niebotycznie, ale cóż. Każde kolędowanie ma swoje prawa. Można to robić na wiele sposobów. Mój brat tylko pokręcił głową.
 - Czekają na trening? – zapytałam z ciekawości.
 - Pewnie tak – powiedział. – Może zaraz do nich zajrzymy.
Obejrzałam się jeszcze raz na wesoło rozśpiewaną grupę chłopaków. Drzwi były szeroko otwarte, ale nikt nie patrzył w naszą stronę. Tylko Karol Kłos podniósł na chwilę oczy i dyskretnie mi pomachał. Odwzajemniłam gest z niemniejszą tajemnicą. Polubiłam Kłosa od kiedy przyjechałam na mecz braciszka, a Kłos zabawiał mnie i swoją dziewczynę bezpośrednio przed nim. Po tej krótkiej chwili zniknęłam za drzwiami stołówki.
 - Nie ma kawy, nie ma kakaa – zakomunikował Stephane – jaka ma być herbata.
 - Może być najzwyklejsza – powiedziałam. – Albo owocowa. Nie ważne z jakich owoców.
 - Ok – powiedział brat. – A co tam u ciebie?
 - W sumie – zamyśliłam się. – Niedługo może, zaznaczam może wrócę do Francji.
 - Po co? – zdziwił się brat.
 - Firma świetnie sobie radzi – zaczęłam. – A ja dostałam wezwanie z centrali. Modlę się, żeby było o powrót, bo oprócz tego są jeszcze dwie możliwości.
 - Jakie? – zainteresował się brat.
 - Wylatuję, albo dostaję awans i modlę się, żeby to nie była ta pierwsza – mruknęłam.
 - Na pewno cię nie wyleją – poklepał mnie po ramieniu brat. – Za dobra jesteś. To co idziemy do chłopaków?
~*~
Hmm… kolejna na sylwestra.

piątek, 25 grudnia 2015

Historynka na pierwszy dzień Bożego Narodzenia

 - Rozalia, gdzie ty jesteś? – krzyczy do słuchawki Rafał.
 - Na dworcu! – również krzyczę. – A ty?
 - Też! – mówi. – Gdzie dokładnie?
 - Przy wyjściu, tym pierwszym – powiedziałam.
Ja naprawdę kochałam wracać do Dębicy. Szczególnie po pracującej Wigilii, ale cóż. Sama chciałam być lekarzem i nie mogę narzekać.
 - Hej! – zaraz też usłyszałam brata. – Rozalia!
 - Cześć Rafałku – zaśmiałam się, po czym przytuliłam go do siebie.
 - Jak tam? – zapytał.
 - Całkiem nieźle – uśmiechnęłam się. – Jak wiadomo Rzeszów stoi i bez ciebie, więc…
 - Chodzi ci o miasto czy o drużynę? – zapytał zaczepnie.
 - Widzę cię ledwo dwie minuty, a już mam ochotę ci dokopać – powiedziałam. – Czyli wszystko w porządku. Spokojnie, poczekaj aż dojdziemy do domu. A u ciebie?
 - Co u mnie? – zdziwił się.
 - Tak, co u ciebie – przewróciłam oczami.
 - Aaa, wszystko w porządku – odparł. – A i żeby nie było, Agata też jest.
 - Czyli muszę ci wkopać podwójnie – zamyśliłam się. – A już myślałam, że sobie spokojnie spędzę święta w rodzinnym gronie, a tu co? dziewczyna mojego brata, której nie trawię, ale że są święta nie mam wielkiego wyboru i muszę być miła.
 - Jak to mówią – zaczął brat – nie każdego musimy lubić, ale każdego należy kochać.
 - Wiesz, że ona jest protestantką prawda? – spytałam. – Od tego bardziej chore są tylko sekty chyba, bo nawet muzułmanie wierzą, że masz coś do powiedzenia w kwestii swojego życia po śmierci!
 - Oj już nie przesadzaj – powiedział.
 - Szczerze, wolałabym, żeby była prawosławna – prychnęłam. – Z nimi przynajmniej się dogadasz i nie robią miny jakby mieli zwymiotować za każdym razem jeśli mówi się o tradycji. Nieważne jakiej.
 - Ona jest po prostu nowoczesna – zaczął ją usprawiedliwiać.
 - Wiesz, moim zdaniem – przerwałam mu – wszystko okaże się po śmierci. A jeśli ona tak robi, to ja podejrzewam, że podłóg swojej wiary ona pójdzie na dół, na lewo, w linie diagonalne na tryptyku „Sąd Ostateczny” czy jak tam zwał!
 - Czyli do piekła? – zapytał Raf.
 - Ty to powiedziałeś – powiedziałam. – Ale jeśli nie zmieni swojego zachowania to pewnie tak. Choć ja mam typowo ludzkie myślenie. A myślenie Boga jest zupełnie inne… nie wiem. To tylko moja, ludzka opinia, ale osoba, która mówi, że inne niż jej wiary są głupie to…
 - Ona tak nie mówi! – zaprzeczył.
 - Dobra, dobra – powiedziałam. – Myślę, że słowo „dziwne”, „odpychające” i „nielogiczne” nie są pochlebne. Bo, bez urazy, ale ja nie ogarniam jej wiary, ale tego nie komentuję! Jest, czekaj… kalwinką? Ok, może być, może mieć tą swoją predestynację ALE niech nie obraża katolików, bo z nich się wywodzi!
 - Rozalia spokojnie – powiedział brat. – Ja… wiem. Ale ja czuję do niej coś więcej i…
 - Brat, teraz ty posłuchaj – poprosiłam. – Będę ją tolerować pod jednym warunkiem. Udowodnij mi, że to co do niej czujesz to nie jest uczucie, tylko miłość.
 - To miłość to nie uczucie? – spytał.
 - Nie – odparłam. – Możesz mi to powiedzieć?
 - Nie – zarumienił się.
 - To przemyśl proszę, czy warto tracić czas na taką Agatę, zgoda? – zapytałam.
 - Zgoda – odparł.
~*~
Kolejna jutro, a ja na wszelki wypadek życzę wszystkiego naj!
P.S. – Nie mam nic do innych religii. Chciałam tylko podkreślić dlaczego Rozalia nie lubi Agaty. Wybaczcie, ale nie lubię ludzi, którzy mówią złe rzeczy o wierze kogoś innego. Jesteś protestantem? Spoko, ja katolikiem. Koniec rozmowy na ten temat, bo wiadomo, że mamy inne poglądy, a ja teologii nie kończyłam.

czwartek, 24 grudnia 2015

Historynka na Wigilię

 - Cześć Kaśka! – usłyszałam radosny głos brata.
 - Cześć – odparłam spokojnie. – Tak szybko?
 - A co? – spytał zaczepnie.
 - Jeszcze wczoraj byłeś w Spale – zmarszczyłam brwi. – Jak się dostałeś do Warszawy w tak krótkim czasie?
 - Jechałem w nocy, mniejsze korki – uśmiechnął się. – Gdzie Błażej?
 - Nie wiem nawet – wzruszyłam ramionami. – Rodzice pojechali na ostatnie zakupy.
 - Okej – powiedział. – Co mam robić?
 - Nic – odparłam. – Wszystko gotowe, a do kuchni nawet się nie zbliżaj.
 - Dobra – powiedział. – Będę w salonie.
 - Okej – powiedziałam i zniknęłam w kuchni.
Po paru chwilach usłyszałam wołanie Alicji:
 - Wujek Jurek!
 - Pomóc w czymś? – zauważyłam głowę Błażeja w drzwiach.
 - Nie, możesz zabawić mojego kochanego brata rozmową – uśmiechnęłam się.
 - No niech będzie – zaśmiał się i posłał mi całusa.
Lubiłam święta. Było tak rodzinnie, ciepło i może nie zawsze idealnie. Ale cóż. Podobno niedoskonałość jest perfekcyjna, tak jak sprawiedliwość jest niesprawiedliwością.
 - Mamo, mamo! – zawołała Ala. – Kiedy przyjdzie Mikołaj?
 - Po kolacji kochanie – pocałowałam ją w czoło. – Jak zjesz każdego dania po trochu.
 - Ale ja nie lubię barszczu – powiedziała.
 - Dla ciebie jest rosół, może być? – uśmiechnęłam się.
 - Może – rozpogodziła się mała. – Tato… - i już jej nie było.
 - Urosła – zaśmiał się Jurek siadając do stołu.
 - Czy nie kazałam ci nie zbliżać się do kuchni? – spytałam.
 - Kazałaś, ale ja nie mam zamiaru się ruszyć gdziekolwiek indziej niż tu gdzie jestem.
 - W skrócie siedzisz nieruchomo przy stole? – uniosłam brew.
 - Coś ci kipi – zauważył.
 - Aj! – zaczęłam ratować ziemniaki do ryby. – Widzisz? Gdyby nie ty, to by się nie zdarzyło.
 - Szukasz winnych – zaśmiał się. – Kiedy wpadniecie do mnie?
 - Nie wiem Jurek, nie wiem – odparłam. – Mam strasznie dużo pracy w Krakowie. Szczególnie, że teraz Światowe Dni Młodzieży…
 - Trzeba to zorganizować – pokiwał głową.
 - Dokładnie – odparłam. – Ja to jeszcze pół biedy. Ale ci od bezpieczeństwa to mają ręce pełne roboty…
 - Podejrzewam – jeszcze raz kiwnął głową.
 - Wujek, chodź zagramy w Monopoli – zawołała radośnie Ala.
 - No już dobrze – zaśmiał się. – Pogadamy później.
 - Okej – powiedziałam.
 - Ile ci jeszcze zostało? – spytał Błażej.
 - Tylko dopilnować ryby – uśmiechnęłam się. – Rodzice już dzwonili?
 - Tak – kiwnął głową. – Zaraz po nich jadę.
 - Dobrze – przytuliłam się do niego. – Kocham cię skarbie.
 - Też cię kocham kotku –  pocałował mnie w czubek głowy. – Idę!
 - Pa – uśmiechnęłam się.
Ryba zaraz się dosmażyła, więc udałam się do salonu. Najwyraźniej moja córka ogrywała mojego brata.
 - I co ci dały studia na kierunku zarządzania i obrotu nieruchomościami, skoro ośmioletnie dziecko ogrywa cię w Monopoli? – zaśmiałam się.
 - Cichaj siostra – powiedział. – My tu prowadzimy poważną rozgrywkę.
 - Jasne, jasne – prychnęłam. – Pokazać mi to, przejmuję rolę bankiera.
 - Tak! – zawołała Ala. – Mama jest najlepszym bankierem!
 - Uwaga, bo jeszcze zwojuje Wall Street – zaśmiał się brat.
 - Co to? – spytała mała.
 - Wyjaśnię ci jak podrośniesz, ok? – powiedział Jurek.
 - Ile? – dopytywała.
 - Za rok, może dwa – odparł.
 - Dobrze – kiwnęła głową. – Gramy dalej!
Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie ma to jak rodzinne święta.
~*~

A ja ze swojej strony życzę wszystkim zdrowych i wesołych! No i czego tam sobie zażyczycie. Kolejna jutro.

wtorek, 22 grudnia 2015

Historynka na pierwszy Dzień Zimy

 - Cześć Konstantin – uśmiechnęłam się jak tylko zobaczyłam numer. – Po co dzwonisz?
 - Słyszałem, że pierwszy dzień zimy, a ty lubisz zimę – powiedział z prostotą.
 - Faktycznie lubię zimę – odparłam. – Ale dzwonisz tylko dlatego?
 - No, chciałem pogadać – zaśmiał się. – Jak tam Polska?
 - Raczej nie inaczej – powiedziałam. – Jeśli chodzi o siatkówkę. Jesteśmy drudzy, to dobrze, ale będziemy grać turniej kwalifikacyjny, wy chyba też?
 - Oni jeśli już – posmutniał.
 - Ej, nie ma się co łamać Kostek – powiedziałam. – Jeszcze mnóstwo turniejów przed tobą.
 - Chcesz mnie pocieszyć – powiedział smutno.
 - Strapionych pocieszać każą, to wykonuję to z przyjemnością – zaśmiałam się. – Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zawsze znajdzie się dobry powód smutków.
 - Skąd możesz wiedzieć? – zdziwił się.
 - Mnie też dotykają złe rzeczy – odparłam. – Ale nie przejmuję się nimi bardziej niż powinnam. Nie warto tracić nerwów.
 - Tak myślisz? – spytał.
 - Ja to wiem – uśmiechnęłam się.
 - Dzięki Paola – zaśmiał się.
 - Mówiłam, że nie lubię jak mnie nazywasz zagraniczną formą tego imienia! – prychnęłam śmiechem.
 - Jasne, jasne – zawtórował mi. – A ja ci uwierzę, Paulina.
 - I od razu lepiej – powiedziałam zadowolona. – Widzisz nie zrobiło to krzywdy ani mnie, ani tobie.
 - Nie zrobiło – powiedział.
 - A co tam u ciebie? – zapytałam. – Znalazłeś już jakąś panią Cupko?
 - Nie – odparł z rezygnacją. – Jest jedna fajna, ale uparcie nazywa mnie przyjacielem. I co mam zrobić?
 - Kostek, rozmawialiśmy już na ten temat – przewróciłam oczami.
 - Pamiętaj, że termin zbliża się nieubłaganie – odparł.
 - Więc po nim porozmawiamy – ucięłam rozmowę. – Coś jeszcze się udało.
 - Oprócz paru nieistotnych faktów z mojego życia online to nie – odparł.
 - Kolejny poziom w jakiejś grze? – uniosłam brwi.
 - Dorwałem się do Wiedźmina – ucieszył się.
 - Przeszłam w dwa dni – przewróciłam oczami. – To nie ma nic wspólnego z książką!
 - Ty zawsze o książkach i zgodności – pewnie on przewrócił oczami.
 - Bo jestem humanistką – odparłam. – Połowa filmów mnie nie satysfakcjonuje i ta liczba rośnie na niekorzyść kinematografii.
 - Humanistka w całej krasie, tylko daj jej dojść do głosu – zaśmiał się Serb.
 - Masz problem – skwitowałam chłodno.
 - Właśnie nie mam  - zaczął się bronić. – Mogę z tobą gadać choćby o głupocie współczesnych poetów.
 - Głupota to kluczowe słowo – prychnęłam.
 - Jak to ty mówisz? – zastanowił się. – Żyjemy w świecie konsumpcjonizmu i takie też dostajemy wiersze. Pełne konsumpcjonizmu i zachowań niezgodnych z prawem Boskim.
 - Pełnych pretensji, niczym nie uzasadnionych i niesprawiedliwych opinii – dokończyłam. – Toż to nasi poprzednicy w grobach się przewracają.
 - Może nie, ale Bóg na pewno kiwa głową ze smutkiem nad losem ludzkim – powiedział Cupko.
 - Pewnie masz rację – posmutniałam. – Gdzie się podziała a Bogobojność?
 - Gnije w najgłębszych czeluściach piekła, tam gdzie teraz jest jej najwięcej – odparł.
 - W sumie masz rację – zastanowiłam się. – Bogobojność została tam, gdzie Bóg jest, ale inni nie mają szansy dostąpić jego łaski. Gdzie będą pokutować i pokutować.
 - Bóg jest w piekle? – zapytał się Konstantin.
 - A gdzie Go nie ma? – zaśmiałam się. – Ale to temat na dłuższą rozmowę.
 - Ja mam czas – zawtórował mi.
~*~
Chyba powiem tylko tyle, że następna na Wigilię.

środa, 16 grudnia 2015

Historynka bonusowa

 - Cześć Kubiak – uśmiechnął się Ignaczak. – Jak tam kebaby?
 - Krzysiek, nie jeźdź tak po nim – zaśmiał się Michał Winiarski. – Kebaby zawsze są dobre.
 - Skoro ustaliliśmy już kwestię kebabów – włączył się sam zainteresowany – to gadajcie co chcieliście.
 - Poczekaj – powiedział Winiar. – Jeszcze nie przedyskutowaliśmy kwestii kóz, dywanów, wielbłądów i terrorystów.
 - Terrorystów nie było – dodał swoje Igła. – Ale reszta jak najbardziej.
 - Po co wam to? – zdziwił się Michał K.
 - Bo chcieliśmy cię wykupić z tureckiej niewoli – powiedział poważnie Krzysiek.
 - Igła, powaga ci nie pasuje – podsumował Wini. – To jak, ile chcą kóz?
 - Nie potrzeba im kóz dekle – przewrócił oczami Kubiak. – Ani wielbłądów, dywanów i terrorystów.
 - Terroryści mieli być jak nie będziesz chciał z własnej woli wrócić – zaśmiał się Igła. – A na serio, lepiej z tego nie żartować.
 - Więc czego chcecie? – wrócił do głównego tematu Kubiak.
 - Pamiętasz plan z „Archiwum S”? – przymrużył oczy Winiarski.
 - Lepiej nie rozmawiajmy o nim przez Skype – Krzysiek właśnie zaczął coś przeżuwać.
 - Co ty żresz w tak ważnym momencie? – przeraził się Winiarski.
 - Nie żrę – przełknął Ignaczak. – Tylko jem. Kanapkę z Nutellę. Tylko z powodu Nutelli chciałbym grać we Włoszech…
 - Tobie bliżej do końca kariery niż do grania we włoskiej lidze – prychnął Winiarski.
 - Mów za siebie – Krzysiek zjadł ostatni kęs.
 - Bawicie się w istnie homerowskie porównania – podsumował Kubiak.
 - Że co, co, co? – nie zrozumiał Winiar.
 - Porównania homeryckie deklu – odparł Ignaczak. – Rozbudowane i przeciągające moment punktu kulminacyjnego. Sebastian ostatnio miał.
 - Więc nie bawcie się w Homera – poradził Kubiak – tylko mówicie o co wam chodzi.
 - O ten zegar co nie chodzi – powiedział Winiar.
 - O co żeś się fochnął tym razem? – mruknął Ignaczak. – Sam mnie wcześniej deklem nazwałeś.
 - Ale to było pieszczotliwie! – oburzył się Michał.
 - Winiarski ogarnij się – powiedział Kubiak. – I mówcie.
 - Coś ty taki delikatny? – zdziwili się obaj.
 - Córka siedzi niedaleko – odparł.
 - Aaaa – mruknęli jednym głosem. – Spoko.
 - To przejdziecie do sedna sprawy, czy o coś jeszcze się pokłócicie?
 - Jak tak bardzo chcesz – zaczął Winiar. – O co się kłócimy?
 - Nie wiem – odparł Ignaczak. – Chyba żeśmy się już wystarczająco w Homera pobawili.
 - Ok, to na czym stanęło wcześniej? – spytał Wini.
 - Na „Archiwum S” – przewrócił oczami Kubi.
 - Więc: Pamiętasz plan z „Archiwum S”? – znów zmrużył oczy Winiarski.
 - Wybacz bracie, ale debilnie wyglądasz – zaśmiał się Krzysiek. – Zrobiłem screena i dodaję na naszą konwersację!
 - A tylko się waż! – krzyknął Winiar.
 - Za późno – mruknął Kubiak i pokazał telefon do ekranu. – Walcie o co chodzi i kłóćcie się dalej. Pamiętam.
 - Masz ją wykonać z dwoma wojownikami, których ci wybraliśmy – powiedział Igła. – Są to…
 - Karol Kłos i Fabian Drzyzga – wykrzyknął Winiar.
 - A nie Piotrek? – zdziwił się Kubiak. – Przecież to też jego pomysł.
 - Kontuzja chłopie – powiedział Igła. – Przeglądaj ty z czasu polskie media.
 - Faktycznie powinienem – mruknął. – Dobra, wykonamy. Ale jesteście pewni?
 - Tak – kiwnęli głowami. – Nasz czas chyli się ku zachodowi. Na ostatek w Rio mamy już genialny plan. Cześć! – i naraz się rozłączyli.
~*~
Mały bonus! Łapaj Jully to dla ciebie : ). I wszystkiego naj!

niedziela, 6 grudnia 2015

Historynka na Mikołajki

 - Tato, tato! – zawołał Daniel. – Popatrz co dostałem od Mikołaja!
 - Ciekawe skąd Mikołaj wiedział co ci dać? – uśmiechnął się mój brat. – Co się mówi?
 - Ciocia Ania! – rzucił mi się na szyję. – Zawołam Igora!
 - Dobrze – uśmiechnęłam się. – Wyrośli strasznie.
 - Byłaś w Kanadzie prawie pięć lat, zdążyli podrosnąć – popatrzył na mnie. – Jak tam?
 - Spoko – powiedziałam. – Myślę, że miejscami lepiej niż u ciebie.
 - Mówisz to żartem, z przekąsem czy ironią? – zaśmiał się.
 - Z żartem – powiedziałam. – Rodzice przyjadą, czy my jedziemy do nich?
 - W tym roku oni przyjeżdżają – powiedział. – Zostaniesz tu do końca roku?
 - Nie, tylko do świąt – pokręciłam głową. – Później jadę do Warszawy i… zobaczymy co dalej.
 - Cześć ciociu! – zawołał Igor. – Wracasz później do Kanady?
 - Do Kanady nie, ale gdzie zostanę jeszcze nie wiem – uśmiechnęłam się.
 - Zostań z nami! – powiedział Daniel. – Mama się zgodzi!
 - Na co mam się zgodzić? – weszła zaspana Natalia.
 - Ciocia może zostać z nami? – Igor uderzył we łzawe tony.
 - Cześć Aniu – bratowa cmoknęła mnie w policzek. – Jeśli będzie taka potrzeba, to nie mam nic przeciwko.
 - Cztery do jednego – zaśmiał się brat. – Zostajesz moja droga.
 - Taaaak! – krzyknęli moi bratankowie.
 - Robię to tylko ze względu na Igora i Daniela – powiedziałam bratu. – A chłopcy chyba powinni się ubrać. Natka, wracaj do łóżka, zrobię śniadanie.
 - Już się cieszę – zaśmiała się bratowa i udała się do łóżka.
 - Jesteś kochana – odparł brat.
 - Możesz do niej dołączyć – uśmiechnęłam się porozumiewawczo. – Coś jeszcze?
 - Nic, nic – zaśmiał się.
W kuchni zaraz pojawili się chłopcy. Zrobiłam im omlety i herbatę. Wcinali je z apetytem podczas gdy ja opowiadałam im jak jest w Kanadzie.
 - Czemu chciałaś tak daleko pojechać? – spytał Igor.
 - Lubię podróżować, a w Kanadzie trochę mi zeszło – powiedziałam.
 - Czy to ma związek z wujkiem Conorem? – spytał Daniel.
 - Z nim ma związek mój powrót – zaśmiałam się. – Pojechałam tam, bo chciałam pomóc mojej przyjaciółce. Potem poznałam wujka Conora.
 - I to już przeszłość? – spytał Igor. Zawsze się wymieniali.
 - Po części – powiedziałam. – To zależy od niego.
 - Może Mikołaj roznosząc prezenty mu to powie? – zaryzykował Daniel.
 - To zależy od Mikołaja – zaśmiałam się. Usłyszałam pukanie do drzwi. – Wcinajcie, ja zobaczę kto to.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam. Przede mną stał kolega mojego brata z koszem małych prezentów.
 - Hi – uśmiechnął się. – Who are you?
 - Olieg’s sister – uśmiechnęłam się. – And you?
 - Thomas – uśmiechnął się. – It’s from boys.
 - Thanks – powiedziałam i popatrzyłam jak Thomas odchodzi.
Weszłam do kuchni z uśmiechem.
 - Chłopcy, właśnie przyszedł Mikołaj i powiedział, że o czymś zapomniał – powiedziałam.
 - Ooo – uśmiechnęli się.
 - Proszę – podałam im zawiniątka.
 - Dzięki ciociu! – zawołali. – Możemy iść pooglądać telewizję? – dodał Igor.
 - Ale nie za długo – powiedziałam. – Nie chcę być owalona przez waszego tatę.
 - Ok! – uśmiechnęli się.
 - A gdzie oni tak biegną? – spytał Olieg.
 - Telewizja – przewróciłam oczami. – Możesz mi przybliżyć postać niejakiego Thomasa?
 - Kolega z klubu – uśmiechnął się.
 - Tyle to ja wiem – przewróciłam oczami.
 - Więcej on ci powie – brat puścił mi oczko.
~*~
Ha, udało się. Kolejna pewnie gdzieś koło świąt.

sobota, 5 grudnia 2015

Historynka na Barbórkę

 - Mieszkasz tyle lat w Polsce i nie wiesz co to Barbórka? – zaśmiałam się.
 - No nie wiem – mruknął Michał.
 - Mieszkasz w mieście, w którym są kopalnie, waszym głównym sponsorem jest kopalnia i naprawdę nie wiesz co to Barbórka? – nie dowierzałam.
 - No nie wiem! – fuknął obrażony Masny.
 - Barbórka, czyli Barbary – zaczęłam. – To święto górników, gdyż święta Barbara im patronuje.
 - Dziękuję za tą lekcję – dopił sok pomarańczowy. – I wszystkiego naj w takim razie.
 - A dziękuję – powiedziałam. – Może wpadniesz dziś wieczorem. Będzie takie małe przyjęcie imieninowe.
 - Może wpadnę – wzruszył ramionami. – A Muzaj też będzie? – powiedział z szatańskim uśmiechem.
 - Nie wiem – spojrzałam na niego podejrzliwie. – Co do tego ma Muzaj? Już prędzej Hain się pojawi.
 - Wydawało mi się, że Michał cię lubi – zaśmiał się Masny.
 - Może i mnie lubi, ale to nie zobowiązuje mnie do tego samego – odparłam spokojnie.
 - Zgrywasz niedostępną? – zaśmiał się.
 - Nie, ja jestem niedostępna – powiedziałam.
 - Oj Basia nie możesz wiecznie uciekać – stwierdził już poważnie.
 - Nie uciekam – warknęłam. – A ty nie baw się w swatkę. Pooglądaj tak jak Piotrek My Little Pony i wtedy pogadamy.
 - O którym Piotrku mówisz? – zdziwił się.
 - O moim bratanku – przewróciłam oczami. – Chyba nie Nowakowskim, co?
 - Ja tam nie wiem – wzruszył ramionami. – To ty się z nim przyjaźnisz.
 - Eh Masny, Masny – zaśmiałam się. – Idź już, bo się spóźnisz, a tego chyba nie chcesz.
 - Chciałbym móc się spóźnić, ale kapitanowi nie wypada – powiedział i pomachał mi przed zamknięciem drzwi.
Czasami tęskniłam za wkurzającym mnie wiecznie Patrysiem. On przynajmniej z góry uprzedzał. A ci w ogóle. No ja nie wiem. Ja chyba muszę ich wysłać do Patrysia na jakieś praktyki. Ale nie ważne. Trzeba się spakować, w końcu jutro przyjeżdża po mnie brat. Nie ma to jak rodzinny weekend. Cóż, w sumie nie mogę się doczekać, aż pojadę do Żyrardowa. Dawno nie widziałam rodzinnego domu. W końcu trzeba przejechać większość Polski. Nie zawsze mam komfort takiej możliwości. Jednak urlop zdrowotny ją daję. Wracam do pracy dopiero po nowym roku. Wybawienie nadeszło.
Wchodzę do sypialni i siadam na łóżku. Nie wiem co mam wziąć, wszystko tak naprawdę mam u rodziców. Mieszkanie w Jastrzębiu-Zdroju traktuję jak przystanek między pracą, a życiem prywatnym. Rzadko kiedy jestem tu dłużej niż godzinę. Oczywiście tutaj sypiam, ale nie liczę tego jako mieszkanie. Chyba mocno potrzebuję ułożyć sobie życie. Nie wiem gdzie, jak, z kim, ale wiem jedno. Nie mogę ignorować tego dzióbania mojego Anioła Stróża, które oznacza: idź ty w końcu zgodnie z planem Boga. Za długo zwlekałam ze zgodzeniem się z tym stwierdzeniem. Spakowałam torbę biorąc wszystko co wydało mi się potrzebne. Wypiłam wodę, która stała w szklance w kuchni. Wyciągam telefon i nagrywam się na sekretarkę Masnego.
 - Do końca roku mnie nie będzie. Jakby co znajdziesz mnie w Żyrardowie. Wszystkiego naj. I ten… jakby co nagraj się na sekretarkę, na pewno odsłucham. Cześć.
Wyszłam z mieszkania zamykając je na cztery spusty. Odetchnęłam świeżym powietrzem i zadzwoniłam do brata.
 - Beniamin, nie fatyguj się, jeszcze dziś będę w Żyrardowie – uśmiechnęłam się.
~*~
Przepraszam za spóźnienie. Jutro na pewno bd kolejna.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Historynka na Andrzejki

 - I to są te wróżby? – zdziwił się Nikolay.
 - Tak – pokiwałam głową. – Wiesz, andrzejki są jednak bardziej kobiecym świętem, wy macie katarzynki cztery dni wcześniej.
 - Czemu mi nie powiedziałaś? – zasmucił się.
 - Po pierwsze nie pytałeś, a po drugie zapomniałam – zaśmiałam się. – Za rok weźmiesz w nich udział.
 - Oj Ala – uśmiechnął się.
 - No co znowu? – uniosłam brwi.
 - Nic, nic – powiedział. – Idziemy do kawiarni?
 - Jak tak mocno chcesz – odparłam. – Do której?
 - Tej co zawsze – złapał mnie za rękę i poprowadził do celu.
Ledwo co wybiła piętnasta, a miasto spowite było w ciemności. Uroki listopada, choć w sumie można już było mówić o grudniu.  W niedzielę padał śnieg i raczej nie spotkałeś już człowieka bez kurtki zimowej. Cóż, takie uroki czterech pór roku. Zimno szczypie trochę w nos, ale zima taka jest. Nie mogłam się jej doczekać, bo zaraz po niej zawita wiosna, która jest moją ulubioną porą roku.
 - Czemu myślisz? – zapytał Niko.
 - Czemu się zamyśliłam – poprawiłam go automatycznie. – Tak jakoś. Nie lubię zimy i nie mogę się doczekać wiosny. 
 - Nie lubisz zimy? – zdziwił się.
 - Tak, tak jestem dziwnym człowiekiem – odparłam. – Taka już jestem.
 - Nie jesteś dziwna – powiedział. – Ja lubię lato. Inny ktoś woli jesień. Zależy od człowieka.
 - Masz rację – usiedliśmy w kawiarni. – Zależy od człowieka.
 - Co chcesz? – spytał.
 - Gorąca czekolada będzie okej – uśmiechnęłam się.
 - Dobra, zaraz wracam – powiedział i zniknął.
Cały Nikolay. Już zadomowił się w Polsce. Ostatnio nawet często miał dobry humor. Uśmiechnęłam się na tą myśl. Taaa, Bułgar był bez wątpienia wyjątkowy.
 - Proszę – pojawił się za chwilę. – Gorąca czekolada raz.
 - Dziękuję – zauważyłam, że sam zamówił dokładnie to samo. – Nie kawa?
 - Nie – powiedział. – Muszę ograniczyć.
 - Dobre i zdrowe podejście – uśmiechnęłam się. – Brawo panie Penchev.
 - Dziękuję, dziękuję – zaśmiał się. – Jak tam Maciek, tak właściwie.
 - Pracuje, pracuje i pracuje – upiłam łyk gorącego napoju. – Ostatnio widziałam go trzy dni temu. Nie wiem, czy coś z tego będzie. Nie mam siły tego dalej ciągnąć.
 - Ważne, żeby decyzja, którą podejmiesz uszczęśliwiła ciebie – Niko wziął mnie za rękę.
 - I ważne żeby wyleczyć się ze swojej choroby – zaśmiałam się.
 - Teraz to nie wiem o czym mówisz – zawtórował mi.
 - Lepiej żebyś nie wiedział – odparłam po czym pociągnęłam kolejny łyk. – Kiedy jedziesz do domu?
 - Jeszcze nie wiem – odparł. – Ale chciałbym tak szybko jak się da.
 - Rozumiem – wypiłam do końca napój. – No nic, czas na nas. Zaraz masz trening i nie wypada się spóźnić, a ja mam autobus.
 - Może poczekasz na mnie i obejrzysz trening to cię podwiozę? – zaproponował.
 - Nie, ale dzięki za propozycję – uśmiechnęłam się. – Poza tym gdyby jednak się okazało, że Maciek jest w domu miałabym niezłe kazanie.
 - Jak uważasz – pomachał mi na do widzenia. – Cześć.
 - Cześć – mruknęłam już tylko do siebie.
Powolnym krokiem udałam się na przystanek. Teraz tylko poczekać na autobus, potem dojechać na przedmieścia i spędzić wieczór w towarzystwie Neko i dobrego filmu. Jakiego, sama nie wiem, ale Maćka się w domu nie spodziewam.
~*~
Kolejna na Barbórkę.